Moi Kochani Przyjaciele!

Święta, zmartwychwstanie, cud! Pomówimy o cudach?

Uważam, że doświadczamy narodzin wiele razy. Tylko czy je zauważamy? Kobiety! Rodząc żegnałam się z życiem nie mogąc ścierpieć dzikiego, potwornego i unicestwiającego bólu rozszarpującego mnie na miliony cząstek. A jednak przetrwałam, mimo, iż z ulgą żegnałam swoje istnienie i marzyłam jedynie o szybkim końcu. Czyż to nie były narodziny? I te dosłowne i symboliczne. Kobieta wydając na świat dziecko sama rodzi się na nowo. Życie zmienia się bezpowrotnie. Czy to nie cud? Tym, którym się udało przypominam, że nie wszystkim jest to dane. Rzecz nieoczywista. Umierałyśmy masowo przy porodach kiedyś, zostawiając wdowców, umieramy jeszcze i teraz. Czasem my przetrwamy, lecz maleństwo już nie lub z uszczerbkiem. Czy nie rodzimy się wtedy na nowo redefiniując nasze życie? Myślimy „koniec”, zanim pojmiemy, iż to dopiero „początek”. Ciężki temat.

Kiedy jest od nowa? Wypadek, doświadczyłam. Żegnać się w ułamku sekundy ze światem, by za chwilę odżyć na nowo. Jeszcze nie koniec? Jeszcze jest coś do zrobienia? Dziękuję. A co gdy lekarze wydadzą wyrok? Że złośliwy, że kilka miesięcy… i koniec? Nieprawda! Pochopne słowa. To my walczymy i zwyciężamy. Gdy bezpowrotnie i na zawsze doznajemy straty, ktoś bliski nam umiera, czy nie umieramy wraz z nim, aby potem nauczyć się żyć od nowa?

Czasem sami podejmujemy zuchwałe decyzje dokonując zmian. Praca pochłania tyle naszego czasu, że nie jest przesadą stwierdzenie: nowa praca, nowe życie. A emigracja? Nowe miejsce, nowe życie. W końcu najważniejsza m i ł o ś ć! Skoro nic nie jest już takie samo jak wcześniej, czyż to nie od nowa?

A co Wy o tym myślicie Kochani?