Na samym wstępie zaznaczam, że nie chodzi o mnie. Już widzę Wasze oburzone miny i komentarze typu „z kości na ości”. Należę do nielicznej grupy szczęśliwców, która nie ma problemu z utrzymaniem wagi, jednak i mnie nie sposób uciec od tego tematu, który jest w naszym życiu wszechobecny. Wszak trudno mi w myślach odszukać osobę, która przy każdej rozmowie nie poruszałaby tej drażliwej kwestii. Mam wrażenie, że wszyscy wokół mnie są w stanie pernamentnego odchudzania. Jednak też mi jest źle, gdy inni nie znajdują radości w jedzeniu. Wypad z koleżankami do knajpy to konsumpcja poprzedzona godzinnym studiowaniem karty oraz głęboką i profesjonalną analizą kalorii itp. Moje golonko i ciasteczko kontra szpinak i brokuły! Nie przechodzi beztrosko przez gardło kiedy widzę mękę przyjaciół. Czy nie dotykam boleśnie tematu, jeśli zmuszona jestem ukradkiem przed niektórymi domownikami dobierać się do słoika z nutellą lub po kryjomu wcinać hamburgery i kebaby? Oczywiście wszystko z troski by nie narazić czyjejś cennej i podatnej na urazy siły woli. Woli walki z nadprogramowymi kilogramami. Czyż nie cierpię będąc w towarzystwie wyłączona z gorących dyskusji i licytacji kto, kiedy i ile schudnął?

Kochani! A jakimi przykrymi ciosami są dla mnie odmowy skosztowania tych wszystkich frykasów przygotowanych moją ręką i okraszonych sercem na imprezach rodzinnych:

– Nie, nie. Nie mogę! Jestem na diecie!

Powagę sytuacji mierzę ilością nienawistnych strzał wypuszczanych z wielu spojrzeń, gdy przemykam na paluszkach po basenowym „parkiecie”. – Jak ona może być taka chuda!

To niesprawiedliwie! Hej, ja naprawdę słyszę Wasze myśli, szczerze Wam współczuję i łączę się w cierpieniu walki z nadprogramowymi kilogramami. Każdemu gorliwie i życzliwie kibicuję by szybko i bezboleśnie pozbył się tematu, o którym mówię!