Co było potem? Czy bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że dryfowałam w otchłani, czy też może to, iż znalazłam się w czarnej dupie? Ludzie spotykali się z Izą roześmianą, ale ta druga ze środka czołgała się po ziemi bez siły by spojrzeć w słońce. Była dla nich niewidoczna. Iza wyzuta, wyjałowiona, wydrenowana. Zamieniła się w kukłę. Kukła przestała czuć. Został tylko niezrozumiały ale wszechogarniający ból. Cierpienie. Czy tak ma już być do końca? Ja tak nie chcę. Nie wytrzymam! Zaczęłam wiele czynności wykonywać automatycznie i też jak automat poczęłam się psuć. Czyli zawalać. Jak można nie zawalać gdy nie sypia się całymi nocami? Obowiązek mnie trzymał przy życiu. Najprzyjemniejszy moment dnia? Gdy już udało mi się zasnąć i porywała mnie błoga nieświadomość. Takież samo uczucie chwilę po przebudzeniu, błoga nieświadomość, a potem znowu ból. Nie mogłam zrozumieć jak do tego doszło? To nielogiczne. Przecież radziłam sobie ze Wszystkim. Dlaczego nie mam siły? Najpierw wyzbyłam się czasu dla siebie, potem potrzeb, następnie przestałam chcieć chcieć. I nie zauważyłam nawet, kiedy zatopiłam się w tak przeogromnym smutku. W lustrze miałam beznadziejnie puste oczy. Już nic nie pragnęły. Wróciłam do lekarza. Z kartką w ręku. Nie miałam siły mówić o tym co mi jest. Zaczęłam się leczyć. Czy skutecznie? Nie wiem. Udaje mi się trwać. Czasem siebie odzyskuję, witam się wtedy radośnie jak ze starym przyjacielem, potem znowu gubię. Czy tak będzie zawsze?