Niestety, nie miałam jeszcze przyjemności zdradzić męża, jednak nie zaszkodzi mi chyba wypowiedzieć się w tej nęcącej kwestii. Przychodzi czasem w życiu moment, kiedy już nie rozwiniemy więcej skrzydeł, bo naznaczeni jesteśmy ślubną obrączką. Ale wiadomo, czyha na nas wiele pokus. Ratujemy się jak możemy i posuwamy do różnych wytrychów by jednak tych skrzydełek tak całkiem nie rozłożyć. Chociaż mamy na to wielką ochotę. Ci co zwyczajnie nie dają rady i nie podźwigają tematu mają już wypisane na czole ZDRADA i nic faktu tego nie zmieni. Inni, bardziej wytrzymalsi ale też podatni na grunt stawiają sobie granice. W swoim sumieniu rzecz jasna. Jakie to granice? Chociaż korci nas, nęci i kręci, zastanawiamy się jak skosztować tego owocu nie wkładając go do buzi? Otóż mamy na to swoje sposoby. Są tacy, którzy wykonują to bardzo pobieżnie i z zadowoleniem, bo rzecz jednak nie dochodzi do końca, jeśli wiecie, co mam na myśli. Inni ratują się internetem. Flirtujemy, obnażamy się pod każdym względem, dajemy upust wyobraźni i zrzucamy z siebie łaszki. Niby wszystko ale za to bezzbliżeniowo. Mężu mój! Jeśli nadal pragniesz zestarzeć się ze mną na ganku, nie zbliżaj się do mojego komputera! Przepraszam za tą dygresję. Na czym skończyliśmy? Acha! Dochodzimy do sedna. Ciekawi mnie czy doświadczyliście kiedyś takiego zjawiska jak seks w locie. Bezdotykowo, ma się rozumieć. Najprościej rzecz ujmując wygląda to tak: dwie jednostki przypadkowo wyhaczają się krótkim elektryzującym spojrzeniem. Dochodzi do spięcia i pełnego zrozumienia co by było gdyby…. Osobniki na ułamek sekundy odrywają się od ziemi i zwierając z sobą szybują w kosmos, gdzie … dochodzi do pełnego zbliżenia. Zdarzenie takie nazywam seksem w locie. Wszystko jest bardzo intensywne, dzieje się dziko, ostro i szybko, a najlepsze, że tylko w głowie. Jest satysfakcja? Jest! Mamy czyste ręce? Mamy! Ktoś to zauważył? Nikt!